Strona:PL Karol May - Winnetou 03.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   184   —

liśmy, na co ja wydobyłem obie fotografie. Zaledwie je zobaczyli, zawołała sennora:
— To oni, to oni! Całkiem pewnie! Nieprawdaż, kochany Atanasio?
— Tak — przyznał caballero — to rzeczywiście oni, sennores. Ci ludzie byli u mnie ubiegłej nocy.
— Kiedy przyszli i kiedy się oddalili? — zapytał skut.
— Przybyli późną nocą bardzo znużeni. Spotkał ich jeden z moich wakerów i sprowadził tutaj. Spali bardzo długo i zbudzili się dopiero popołudniu, odjechali dopiero przed trzema godzinami.
— Pięknie! W takim razie dościgniemy ich jutro z pewnością. W każdym razie ślad ich znajdziemy.
— Zapewne, sennor. Oni udali się stąd ku Rio Grande, aby przeprawić się przez tę rzekę pomiędzy Rio Moral a Rio las Moras niedaleko wąwozu Eagle. Zresztą usłyszymy o nich jeszcze, gdyż posłałem za nimi kilku wakerów, którzy powiedzą nam całkiem dokładnie, który kierunek oni obrali.
— Dlaczego wysłaliście ludzi za nimi?
— Ponieważ owi podróżni odpłacili mi niewdzięcznością za moją gościnę. Posłali do mnie wakera jednej z trzód koni ze zmyśloną wiadomością i ukradli pod jego nieobecność sześć koni, z którymi uszli czemprędzej.
— Podłość! Więc ci dwaj ludzie nie byli sami?
— Nie. Była z nimi gromada przebranych żołnierzy, którzy mieli przeprowadzić do Meksyku nowozaciężnych.
— W takim razie sądzę, że wasi ludzie nie odzyskają koni napowrót, są bowiem za słabi w stosunku do tych złodziei.
— O, moi wakerowie umieją obchodzić się z bronią, a wybrałem najdzielniejszych.
— Czy Gibson i Wiliam Ohlert mówili co o swoich planach?
— Ani słowa. Pierwszy był bardzo wesoły, a drugi bardzo milczący. Zaufałem im zupełnie. Prosili mnie, że-