Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/243

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   487   —

skoro tylko Sam będzie wolny. Nie będziemy zwlekali z wymianą jeńców. Jak myślicie to zrobić?
— Powiedzcie mi wy najpierw swe zdanie, kochany Dicku. Jesteście doświadczeńszy odemnie.
Westman pogładził brodę, bo mu pochlebiła ta pochwała i oświadczył:
— Za najprostsze uważam posłać pojmanego Keioweha zaraz do Tanguy i donieść mu, gdzie się syn jego znajduje i pod jakim warukiem puścimy go wolno. Cóż ty na to, stary Willu?
— Hm! — mruknął Parker. — Jeszcze nigdy nie miałeś tak głupiej myśli, jak teraz właśnie.
— Głupiej! Ja? Do pioruna! Jak to głupiej?
— Jeśli wyjawimy, gdzie stoimy, wyśle Tangua swoich ludzi, którzy odbiorą nam Pidę, nie dając w zamian Hawkensa. Ja zrobiłbym inaczej.
— Jak?
— Pojedziemy z wyspy dobry kawał w głąb preryi, gdzie będziemy mieli wolną okolicę, którą swobodnie obejmiemy okiem. Potem poślemy Keioweha i postawimy za warunek, żeby przyszło tylko dwa, a nie więcej wojowników, którzy przyprowadzą nam Sama, a wezmą sobie Pidę. Gdyby ich nadeszło więcej, by nas pokonać, to ich zobaczymy zdaleka i zabezpieczymy się przed nimi zawczasu.
— Jabym radził postarać się o większą pewność i nie wysyłać żadnego posłańca — zauważyłem ja.
— Żadnego? Jakże Tangua się dowie, że jego syn...
— On się dowie.
— Od kogo?
— Odemnie.
— Od was? Czy sami udacie się do wsi?
— Tak.
— Dajcie temu pokój, sir! To niebezpieczne. Zatrzymanoby was natychmiast.
— Wątpię.
— Całkiem pewnie, całkiem pewnie!
— W takim razie Pida byłby zgubiony. Nie widzę