Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   480   —

goć ta była tak zimna, że wstawałem kilkakrotnie, aby się rozgrzać wolną gimnastyką. Żal mi było młodego wodza, zmuszonego leżeć tak cicho, lecz on był o wiele więcej zahartowany podówczas odemnie.
Nareszcie spełniły się oba moje życzenia; deszcz ustał, a dzień zaszarzał, tylko gęsta ciężka mgła zawisła dokoła. Mimoto odnalazłem bez trudu miejsce na brzegu, którego w nocy szukałem. Zawołałem głośno: hallo!
— Hallo! — odpowiedział natychmiast Winnetou. — Czy to brat Old Shatterhand?
— Tak.
— To chodź! Czemu wołasz? To niebezpieczne!
— Mam jeńca. Przyślij kilku dobrych pływaków i rzemienie!
— Płynę sam.
Jakże się ucieszyłem, że nie wpadł w ręce Keiowehów! Niebawem ujrzałem głowę jego we mgle nad wodą. Wszedłszy na brzeg i ujrzawszy Indyanina, rzekł zdumiony:
— Uff! Pida, syn wodza! Gdzie go mój brat pochwycił?
— Na brzegu, niedaleko od wyspy Hawkensa.
— A Hawkensa widziałeś?
— Nie, lecz słyszałem jak mówił z „Jeleniem“. Byłbym się może do niego dostał i nawet uwolnił, ale wtem ciebie odkryto i musiałem umykać.
— To zdarzył się nieszczęśliwy przypadek nie z mojej winy. Dotarłem był prawie do namiotu Santera, gdy w tem ukazało się kilku Keiowehów, przechodzących tamtędy. Nie mogłem się zerwać i stoczyłem się na bok. Oni stanęli, a w czasie rozmowy rzucił jeden z nich wzrokiem w tę stronę, a wtedy ruszyli ku mnie. Wobec tego musiałem oczywiście wstać i uciekać. Blask ognisk oświecił moją postać i poznali mnie. Umykałem w górę zamiast w dół rzeki, aby ich wywieść w pole, przepłynąłem przez rzekę i uszedłem, ale Santera oczywiście nie widziałem.
— Zobaczysz go niebawem, gdyż ten młody wojownik zgodził się na wymianę siebie za Santera i Sama