Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   423   —

— Ależ my musimy pojechać za tymi Indsmanami, choćby nie wiem co było.
— Nie.
— Co? Chcecie go tak zostawić?
— Także nie.
— Jakżeż to się zgadza jedno z drugiem?
— Tak, że nie pozwolę się tym czerwonym drabom wodzić za nos po sawannie.
— Za nos? Nie rozumiem was.
— Przypatrzcie się ich śladom! Kiedy zostawione?
— Jak się zdaje, przed północą.
— Ja też tak myślę. Od tego czasu upłynęło około dziesięciu godzin. Czy sądzicie, że zdołamy to dzisiaj nadrobić?
— Nie.
— Albo jutro?
— Także nie.
— A dokąd zdaniem waszem odjechali?
— Do swojej wsi.
— Więc przybędą tam, zanim ich dościgniemy. Czy wyobrażacie sobie może, iż powinniśmy zapuszczać się w terytoryum Keiowehów, aby napaść na jedną wieś i wyswobodzić jednego jeńca?
— To byłoby szaleństwem.
— Pięknie! Ja jestem tego samego zdania; nie pojedziemy więc za nimi.
Na to poskrobał się Stone za uchem i mruknął bezradnie i ze złością:
— Ależ Sam, Sam, Sam! Co będzie z naszym starym Samem? Przecież nie możemy go opuścić!
— Nie, tego nie uczynimy; przeciwnie, uwolnimy go nawet.
— A niech was dyabeł porwie, sir! Ja nie jestem do rozwiązywania takich zagadek. Raz mówicie, że nie pojedziemy za czerwonymi, a zaraz potem twierdzicie, że będziemy się starali uwolnić jeńca. To tak samo, jak gdybyście jednym tchem nazwali osła raz wielbłądem,