Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   400   —

— Nie, lecz westman powinien znać to.
— Na co?
— Bo mu się to może nieraz bardzo przydać.
— Jakto?
— Zobaczycie to później. Gdy znajdę jakie ślady konia, porównam je z tym rysunkiem.
— Ah! Hm! Słusznie! To wcale niezłe! Czy przejęliście to także z książek?
— Nie.
— A skąd?
— Ten pomysł przyszedł mi sam.
— Więc są istotnie pomysły, którym to sprawia przyjemność, że do was przychodzą. Nie byłbym przypuścił, hi! hi! hi!
Pshaw! U mnie im chyba lepiej, niż pod waszą peruką, mój Samie!
— To słuszne, to słuszne! — zawołał Dick Stone. — Nie pozwólcie mu na nic już więcej! Widać to z każdą chwilą coraz więcej, że przeskoczyliście go już dawno.
— Milcz! — huknął na niego Sam w komicznym gniewie. — Co ty wiesz o skakaniu, a tem bardziej o przeskoczeniu! To dla mnie obelga, chwytać mnie ciągle za perukę. Dłużej tego nie zniosę!
— A cóż na to poradzisz?
— Podaruję ją tobie; w ten sposób jej się pozbędę, a ty się dowiesz, jakie pod nią myśli siedzą. Przyznałem zresztą, że zapatrywanie naszego greenhorna niezłe, powinien był jednak także tym dziesięciu Apaczom, którzy pojechali tamtą stroną, dać taki ładny obraz kopyta.
— Nie zrobiłem tego, bo uważałem to za niepotrzebne — odpowiedziałem ja.
— Niepotrzebne? Dlaczego?
— Bo wątpię, czyby potrafili porównać ślad kopyta z rysunkiem. Zawsze to dzicy, którym daremnie dawać w rękę rysunek. Powtóre jestem pewien, że oni nie natkną się na trop Santera.
— A ja twierdzę przeciwnie. Nie my, lecz oni go