Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   388   —

szukając w nich trwożliwie życia. Na mój widok powstał na chwilę z dziwnym wyrazem w oczach, którego nigdy nie zapomnę; przebijała się w nich wściekłość i boleść, które mogły doprowadzić do obłędu.
— Mój brat, Old Shatterhand, widzi, co się stało. Nszo-czi, ta najpiękniejsza i najlepsza z dziewic Apaczów, nie pojedzie już do miast bladych twarzy. Jest w niej jeszcze trochę życia, lecz oczu nie otworzy już nigdy.
Nie byłem zdolny wymówić choćby jedno słowo; nie mogłem nic powiedzieć, ani o nic zapytać. Na cóżby się to zresztą przydało? Widziałem przecież, jak rzeczy stały! Leżeli obok siebie w kałuży krwi Inczu-czuna z przestrzeloną głową, a „Piękny Dzień“ ze zranioną śmiertelnie piersią. On zginął zaraz, ona zaś oddychała jeszcze, charcząc ciężko, a bronz jej pięknej twarzy mętniał coraz to więcej. Pełne jej policzki zaczęły się zapadać, a wyraz śmierci przyoblekł drogie mi rysy.
Wtem poruszyła się lekko. Zwróciła głowę ku ojcu i otworzyła powoli oczy. Zobaczyła Inczu-czunę w krwi i przestraszyła się bardzo, chociaż wyraz tego przestrachu nie wystąpił już tak żywo wobec wielkiego osłabienia. Zdawało się, że się namyśla; wreszcie odzyskała przytomność i sięgnęła ręką do serca. Poczuła cieknącą stamtąd ciepłą krew i westchnęła głęboko, charcząc.
— Nszo-czi, moja dobra, jedyna siostro! — skarzył się Winnetou głosem, którego w słowach nie podobna przedstawić.
Na to podniosła ona na niego oczy.
— Winnetou... mój... bracie! — szepnęła. — Pomścij... pomścij... mnie!
Następnie przeszedł wzrok jej z niego na mnie i weselszy, choć zamierający, uśmiech zakwitł na jej wargach wybladłych.
— Old... Shatter...hand! — westchnęła. — Jesteś tu... Teraz... umieram... tak...
Więcej nie słyszeliśmy już, gdyż śmierć nie pozwoliła jej dokończyć, zamykając jej usta na zawsze. Myślałem, że mi serce pęknie. Musiałem postarać się o ja-