Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   378   —

Przyznaję, że się zdziwiłem, a opanowała mnie zarazem i zazdrość. Ci ludzie wiedzieli, gdzie leżą masy tego metalu cennego i zamiast go używać, wiedli życie, nie znające prawie potrzeb cywilizowanego człowieka. Nie nosili sakiewek, ani pularesów, ponieważ wszędzie, gdzie przyszli, zdajdowali ukryte skarbce, do których wystarczało sięgnąć ręką, aby kieszenie złotem napełnić. Czy inni ludzie mogliby mieć złoto i żyć tak skromnie jak oni?
Musieliśmy zastosować wszelkie środki ostrożności, gdyż chodziło o to, by Santer nie spostrzegł, że udaliśmy się za nim. Korzystaliśmy zatem z każdego wzniesienia gruntu, z każdego krzaka, aby za nim się ukryć. W dobry kwadrans ujrzeliśmy wszystkich czterech, kłusujących żwawo swoją drogą. Widocznie spieszyli naprzód, nie myśląc o zawracaniu. Zatrzymaliśmy się, a Winnetou patrzył za nimi, dopóki nie zniknęli nam z oczu. Dopiero wtedy powiedział:
— Nie mają złych zamiarów, możemy zatem być spokojni.
Nie przeczuwał tak samo, jak ja, jak bardzo się teraz mylił. Oni mieli zamiary, ale byli bardzo chytrymi drabami, jak się później sam przekonałem. Spodziewali się, że przez pewien czas będziemy ich śledzili i udali w tym celu, że im bardzo pilno. Potem jednak zawrócili i ruszyli za nami.
Zawróciliśmy konie i cwałem doścignęliśmy wnet towarzyszy. Wieczorem stanęliśmy nad wodą. Przywykli do ciągłych ostrożności, zbadali najpierw wodzowie starannie okolicę, zanim wydali rozkaz rozłożenia się obozem. Tą wodą było źródło, które wytryskało z ziemi czysto i silnie. Trawy dość było dla koni, a ponieważ miejsce otoczone było dokoła drzewami i zaroślami, mogliśmy przeto rozniecić jasne ogniska bez obawy, żeby je zdaleka ujrzano. Gdy jeszcze Inczu-czuna postawił dwie warty, zdawało się, że uczyniono wszystko, co nakazywała troska o bezpieczeństwo.
Apacze rozłożyli się, jak zwykle, w niepotrzebnem