Strona:PL Karol May - Winnetou 02.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   277   —

Zrobił minę, w której była wyraźna odpowiedź: „Biedny robaku, o tem nie masz co myśleć! Pytanie to mógł ci tylko strach śmiertelny podsunąć.“ Potem powiedział:
— To będzie pływanie i walka na śmierć i życie. Możesz mnie zabić, gdyż tylko w ten sposób potrafisz dostać się do celu.
— I śmierć twoja nie przyniosłaby mi szkody?
— Nie. Jeśli ja ciebie zabiję, to nie osiągniesz swego celu, a twoi towarzysze będą musieli umrzeć, a jeśli ty mnie, to dojdziesz do celu i od tej chwili nie będziecie jeńcami, lecz ludźmi wolnymi. Chodź!
Odwrócił się, a ja zdjąłem z siebie bluzę i buty. Odłożyłem wszystko, co miałem za pasem i w kieszeniach. Podczas tego biadał Sam Hawkens:
— To się nie uda, sir, nie uda. Żebyście mogli twarz swoją zobaczyć! A ten płaczliwy ton w waszych słowach ostatnich! Okropnie się boję o was i o nas!
Nie mogłem mu nic odpowiedzieć, ponieważ byliby to usłyszeli trzej wodzowie, lecz ja wiedziałem, na co ta płaczliwość. Chciałem Inczu-czunę upewnić i wziąć go na lep, jak to mówią.
— Jeszcze jedno pytanie! — poprosiłem, zanim poszedłem. — Czy w razie uwolnienia otrzymamy naszą własność?
Wybuchnął krótkim śmiechem zniecierpliwienia, gdyż uważał to pytanie za waryackie i odrzekł:
— Tak jest.
— Wszystko?
Wszystko
— I konie i strzelby?
Na to mnie ofuknął:
— Powiedziałem, że wszystko! Czy nie masz uszu? Raz chciała ropucha latać z orłem na wyścigi i pytała, co jej da, gdy go zwycięży. Jeśli tak samo głupio pływasz, jak pytasz, to wstyd mi, że nie dałem ci starej skwawy na przeciwnika!
Udaliśmy się przez utworzone dokoła nas półkole