Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/245

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   227   —

— O czem?
— O walce na noże, którą przebyliście teraz.
— Myślę, że teraz zapewne was zadowoliłem.
— Ja o tem nie myślę. Mówię o pewnych wyrzutach.
— Wyrzutach? Któżby mi je zrobił; czy wy może?
— Mój Boże! Jakżeż wy ciężko pojmujecie! Powiedzcieno, czy byliście już kiedy w starym kraju mordercą i czy staliście już kiedy na rusztowaniu?
— Sądzę, że nie. Przynajmniej sobie nie przypominam — odrzekłem na to przykre pytanie.
— Więc nie zabiliście jeszcze nikogo?
— Nie.
— A zatem dopuściliście się dzisiaj po raz pierwszy zabójstwa. Jakżeż czujecie się w duszy? Oto, co chciałem wiedzieć.
— Hm! Nie jest to zaiste miłe uczucie. Nie tak rychło już chyba pozbawię człowieka życia. Poruszenia mej duszy bardzo sa podobne do nieczystego sumienia.
— Nie rójcie sobie niczego i nie wpadajcie na głupie myśli! Może wam się to tutaj wbrew woli zdarzyć codziennie, że sprzątniecie człowieka, aby własne życie ocalić. W takim wypadku musi się ...heavens, oto i zaraz będzie taki wypadek! — przerwał sam sobie. — To już naprawdę Apacze! No, to się niejeden łeb zakrwawi. Przygotujcie się do walki, panowie!
Stamtąd, gdzie znajdowali się więźniowie ze strażnikami, zabrzmiał przeraźliwy okrzyk Apaczów „hiiiiiiiiih“. Inczu-czuna i Winnetou wrócili już wbrew wszelkim oczekiwaniom i napadli na obóz Keiowehów. Ci z nich, którzy byli przy nas, zaczęli nadsłuchiwać w przerażeniu, poczem dowódca krzyknął:
— Nieprzyjaciele na dole tam przy naszych braciach! Prędzej tam, prędzej na pomoc!
Chciał pobiec, ale Sam zastąpił mu drogę i zawołał:
— Nie możecie tam pójść i zostaniecie, bo jesteśmy pewnie już otoczeni. A może myślicie, że obydwaj wodzowie Apaczów tacy głupi, iż zaatakowali tylko straże,