Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   214   —

— Ci dwaj czerwoni wojownicy żyją jeszcze, ale wódz już nie, jak się zdaje.
— Nie umarł. Powaliła go pięść Old Shatterhanda i opuściła go przytomność, ale mu wróci niebawem. Zaczekaj na to, a tymczasem usiądź. Skoro wódz przyjdzie do siebie, odzyska mowę, a wtedy naradzimy się z wami. Ale gdyby który z was broń przeciwko nam podniósł, utonie nóż Shatterhanda w sercu Tanguy. Możesz być tego pewnym!
— Jak możecie podnosić rękę na swych przyjaciół?
— Przyjaciół? Sam nie wierzysz w to, co mówisz!
— Wierzę. Czyż nie paliliśmy z sobą fajki pokoju?
— Przyznaję, ale temu pokojowi nie można zbyt ufać.
— Dlaczego?
— Czy jest zwyczajem Keiowehów obrażać swoich przyjaciół i braci?
— Nie.
— No, a wasz wódz obraził Old Shatterhanda, nie możemy więc uważać was za przyjaciół. Popatrz, już zaczyna się ruszać!
Tangua, którego Stone i Parker znowu położyli na ziemi, poruszył się rzeczywiście. Niebawem otworzył oczy, popatrzył na każdego z nas po kolei, jak gdyby sobie chciał przypomnieć, co zaszło wreszcie odzyskał widocznie przytomność, bo zawołał:
— Uff, uff! Old Shatterhand mnie powalił. Kto mnie skrępował?
— Ja. — odpowiedziałem,
— Zdjąć mi rzemień! Rozkazuję!
— Przedtem ty nie chciałeś posłuchać mej prośby, a teraz ja nie wykonam twego rozkazu. Nie masz zresztą prawa rozkazywać.
Zwrócił na mnie wzrok wściekły i zgrzytnął:
— Milcz chłopcze, bo cię zmiażdżę!
— Milczenie byłoby lepszem dla ciebie, niż dla mnie. Obraziłeś mnie przedtem i dlatego cię powaliłem. Old Shatterhand nie pozwala bezkarnie nazywać siebie