Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/218

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   202   —

owe leki, traci i honor zarazem. Taki nieszczęśliwiec może odzyskać cześć tylko przez to, że zabije sławnego wroga i pokaże jego lekarstwo, które staje się odtąd własnością zwycięzcy.
Można więc sobie wyobrazić, jaką karą było dla strażnika zerwanie i podeptanie tego woreczka. Nie rzekłszy ani słowa usprawiedliwienia lub gniewu, zarzucił strzelbę na ramię i zniknął między drzewami. Nie żył odtąd dla swego szczepu, który przyjąć mógł go tylko w wymienionym powyżej wypadku.
Wściekłość wodza zwróciła się nietylko przeciwko winnemu, lecz i przeciwko mnie. Przystąpił tedy do mnie i krzyknął:
— Rościłeś sobie prawo do tych psów. Biegnij teraz za nimi i złap ich!
Chciałem się odwrócić bez odpowiedzi, gdy wtem Tangua pochwycił mnie za ramię i zawołał:
— Słyszałeś, co rozkazałem? Masz ich ścigać!
Strząsnąłem go z siebie i odparłem:
— Rozkazałeś? Czy masz do tego prawo wobec mnie?
— Rozumie się. Jestem wodzem tego obozu, a wy musicie mnie słuchać!
Wyjąłem z kieszeni puszkę z sardynek.
— Czy mam ci dać właściwą odpowiedź — rzekłem, trzymając puszkę w ręce — i wysadzić cię w powietrze z wszystkimi wojownikami? Powiedz jeszcze słowo, które mi się nie spodoba, a zniszczę was wszystkich tem lekarstwem!
Byłem ciekawy, czy ten żart wywoła pożądany skutek. Nie czekałem długo na to. Wódz cofnął się daleko i krzyknął:
— Uff, uff! Zachowaj to lekarstwo dla siebie i bądź psem, jak nim jest każdy Apacz!
Była to obelga, której nie byłbym przyjął spokojnie, gdyby nie wzgląd na rozdrażnienie jego i większości jego ludzi. My biali powróciliśmy do naszego obozu,