Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/209

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   193   —

— Jakież to?
— Powodzenie zamiaru zawisło od osób, które go wykonają.
— To słuszne.
— Cieszy mnie, że to przyznajecie, sądzę przeto, że wyrzekniecie się osobistego udziału.
— Ani mi się śni!
— Miejcie rozum, sir! Puśćcie mnie z Dickiem!
— Nie!
— Jesteście jeszcze nowicyuszem. Poprostu nie umiecie jeszcze się skradać.
— Możliwe. Dowiodę wam jednak dzisiaj, że człowiek potrafi spełnić zadanie nawet, jeśli się na niem nie rozumie. Trzeba tylko mieć ochotę.
— I zdolności, sir i zdolności! A tych właśnie brak wam. To musi być wrodzone i wyćwiczone, a wam do tego jeszcze niestety daleko.
— Niech próba rozstrzygnie.
— A zrobicie próbę?
— Tak.
— Jaką?
— Wiecie, czy śpi Tangua?
— Nie.
— A to dla nas bardzo ważne. Prawda?
— Tak. Ja się tam zakradnę.
— Nie, ja to uczynię.
— Wy? Dlaczego?
— Właśnie, by odbyć próbę.
— Ach tak! A jeżeli was odkryją?
— To nic nie będzie strasznego, ponieważ mam dobrą wymówkę. Powiem, że chciałem się przekonać, czy czaty dobrze pilnują.
— Dobrze. Ale po co ta próba?
— Aby sobie zdobyć wasze zaufanie. Jeśli mi się to uda, to weźmiecie mnie z sobą do Winnetou.
— O tem jeszcze potem pomówimy.
— Zgoda. A zatem mogę się udać do wodza?
— Tak, ale miejcie się na baczności! Gdy was