Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/204

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   190   —

z ran uchodziła. Tem ja nie czułem się zaniepokojonym, gdyż rany ich były przeważnie lekkie.
Ukończywszy opatrywanie rannych, zapytaliśmy, jak pojmani noc spędzą. Chciałem im ulżyć, ile możności, ale wódz Keiowehów, Tangua, huknął na mnie:
— Te psy do nas należą, nie do was, ja tylko mam prawo stanowić o ich losie!
— A co z nimi zrobisz? — spytałem.
— Zatrzymalibyśmy ich w niewoli aż do powrotu do naszych wsi, ale ponieważ chcemy napaść na ich ludzi, a droga do nich długa, przeto nie będziemy się z nimi wlekli tak daleko. Pójdą na męczeński pal.
— Wszyscy?
— Wszyscy!
— O tem wątpię.
— Czemu?
— Ponieważ przedtem znajdowałeś się w błędzie.
— Kiedy?
— Kiedy powiedziałeś, że Apacze do was należą. To było fałszywe.
— To było słuszne!
— Nie. Wedle praw Zachodu pojmany należy do tego, który go pokonał. Weźcie więc sobie Apaczów, których wyście ujęli, ja wam w tem nie przeszkodzę. Ci jednak, których myśmy ubezwładnili, dostaną się w nasze ręce.
— Uff, uff! Jak mądrze ty mówisz! Chcecie zatem wziąć sobie Inczu-czunę i Winnetou?
— Naturalnie!
— A jeśli ja wam ich nie dam?
— O to ja się nie boję!
On mówił głosem nieprzyjaznym, a ja odpowiadałem spokojnie, ale stanowczo. Tangua wyciągnął z za pasa nóż, wbił go w ziemię aż po rękojeść i rzekł, błyskając ku mnie groźnie oczyma:
— Dotknijcie się tylko jednego Apacza, a ciała wasze będą jako to miejsce, w którem tkwi nóż. Powiedziałem. Howgh!