Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   161   —

Po tych słowach Sam odwrócił się i udał, że odchodzi. Na to wódz szybko zeskoczył z wozu, pochwycił Hawkensa za ramię i zawołał:
— Lecieć w powietrze? Dla czego Sam Hawkens mówi takie słowa?
— Aby cię przestrzec.
— Przed czem?
— Przed śmiercią, któraby cię była porwała, gdybyś był jeszcze przez kilka chwil został na wozie.
— Uff! Śmierć jest na wozie?
— Tak.
— Gdzie? Pokaż mi ją!
— Może później. Czy twoi wywiadowcy nie powiedzieli ci, na co tutaj jesteśmy?
— Chcecie wybudować drogę dla ognistego konia bladych twarzy.
— Słusznie! Taka droga przechodzi przez rzeki, przepaści i skały, a te ostatnie zwykle rozsadzamy. Przypuszczam, że ci o tem wiadomo.
— Tak; ale co to ma wspólnego ze śmiercią, którą mi groziłeś?
— Bardzo wiele, więcej niż się domyślasz. Czy słyszałeś kiedy, czem rozsadzamy skały, stojące na drodze dla naszego konia ognistego? Czy myślisz, że prochem, którym ze strzelb swoich strzelacie?
— Nie. Blade twarze zrobiły inny wynalazek, którym mogą całe góry rozsadzać.
— Słusznie! Ten wynalazek mamy na wozie. Jest on wprawdzie dobrze opakowany, ale kto nie wie, jak paczkę wziąć do ręki, i dotknie się jej, ten jest zgubiony, bo pęknie mu w rękach i rozerwie go na tysiąc kawałków.
— Uff, uff! — zawołał przerażony widocznie. — Czy byłem blizko tych paczek?
— Tak blizko, że gdybyś był nie zeskoczył, znajdowałbyś się już teraz w odwiecznych krainach myśliwskich. A z czem byłbyś tam poszedł? Ani leków,