Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
—   134   —

— Powiedzcie, jak wpadliście na tę myśl! To was porządnie książki wywiodły w pole.
— Tego w nich niema. Pomyślałem sobie to jednak, co prawda, dlatego, że czytałem te książki uważnie i zastanawiałem się żywo nad ich treścią.
— No i...?
— Dotychczas graliście wy rolę nauczyciela, a teraz ja was o coś zapytam.
— Pewnie o coś mądrego; ciekawym bardzo!
— Czemu Indyanie zwykle jeżdżą jeden za drugim? Chyba nie dla wygody, lub z towarzyskości?
— Nie, lecz na to, żeby jadący za nimi nie mógł policzyć, ilu było jedźców.
— Sądzę, że w tym wypadku jest ten sam powód.
— Tak wam się zdaje!
— Dlaczegóż jadą obaj gęsiego, chociaż jest dość miejsca na trzech jedźców?
— Przypadkiem, albo, co może właściwsze, ze wględu na zmarłego. Jeden jedzie przodem jako przewodnik, potem koń ze zwłokami, a na końcu drugi, aby uważać, czy sanie mocno trzymają i czy trup nie spadnie na ziemię.
— To może być, ale ja muszę wciąż mieć to na myśli, że im pilno do nas powrócić. Przewóz zastrzelonego jest zbyt powolny, przeto jeden z nich pospieszy prędzej, aby zawiadomić Apaczów.
— Takie myśli podsuwa wam wyobraźnia. Powiadam wam, że ani im przez myśl nie przejdzie się rozłączać.
Poco miałem się z nim sprzeczać? Mogłem się mylić i tak najprawdopodobniej było, bo on był doświadczonym scoutem, a ja greenhornem. Zamilkłem więc, ale uważałem pilnie na ziemię i na ślady.
Niebawem dotarliśmy do płytkiego, ale zato szerokiego, koryta wyschłego strumienia, którem tylko z wiosną spływają z gór wody. Dno między obydwu nizkimi brzegami było zasypane okrągłymi kamieniami, między