Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   131   —

— Tak.
— Nie pochowają po drodze?
— Nie. Zmarły cieszył się u nich wielką powagą. Zwyczaje ich wymagają, żeby go pochowano z całą pompą indyańską. Koroną tej uroczystości byłoby zabicie przez nich mordercy obok zwłok zamordowanego. Zachowają więc niezawodnie trupa i będą się starali dostać w ręce nas i Rattlera. O ile ich znam, to należy się tego spodziewać.
— O ile ich znacie! Czy urodziliście się w ich kraju?
— Co za gadanie!
— A skądże ich znacie?
— Z książek, o których wy nie chcecie nic wiedzieć.
— Well! Jedźmy dalej!
Nie oświadczył, czy się zgadza z mojem zdaniem, czy nie, ale ilekroć rzucił na mnie spojrzenie z ukosa, przemykało mu pod wąsem znane mi lekkie drgnienie, które było zawsze oznaką, że nie mógł czegoś łatwo strawić duchowo.
Popędziliśmy cwałem przez równinę. Była to taka, porosła krótką trawą, sawanna, jakie ciągną się pomiędzy źródliskami Kanadianu i Rio Pecos. Ślad był potrójny, jak gdyby ktoś sunął trójzębem. Konie szły więc tu jeszcze tak, jak widzieliśmy je, gdy Apacze odjeżdżali. Musiało to być uciążliwe trzymać trupa wyprostowanego na koniu podczas tak długiej jazdy, gdyż nie zauważyliśmy dotychczas, żeby sobie to jakoś byli ułatwili. Domyślałem się jednak, że nie wytrzymaliby długo takiej jazdy.
Teraz wydało się Samowi Hawkensowi, że przyszedł czas na to, żeby mnie pouczać. Objaśnił mi, z czego należy wnosić, czy trop pochodzi od kłusa, czy od cwału, co zresztą łatwo było zobaczyć i zapamiętać.
W pół godziny potem wydało się, że las przecina wpoprzek równinę, lecz to się tylko zdawało, sawanna bowiem tworzyła tu zakręt. Jadąc nim, mieliśmy las po lewej ręce. Drzewa stały tu tak rzadko, że cały oddział jeźdźców mógł tędy się przesunąć, ale jeden za