Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   102   —

Że i jego osoba mnie zaciekawiła, tego już nie chciałem mu powiedzieć.
— Tak, chodźcie trochę, sir — odrzekł. — Odsunąłem się od białych, porzuciłem ich sposób życia i nie chcę już więcej nic o nich słyszeć, ale wy podobaliście mi się, więc przejdziemy się razem. Wydajecie mi się najrozsądniejszym z tych wszystkich ludzi. Czy mam słuszność?
— Jestem najmłodszym i wcale nie takim, żebym się mógł podobać. Mój wygląd nadaje mi zapewne pozorów znośnie dobrodusznego człowieka.
— Przeciwnie, przekonałem sie, że dzielni jesteście, jak mniej więcej każdy Amerykanin.
— Nie jestem Amerykaninem.
— A czemże, jeśli się tem pytaniem nie naprzykrzę?
— Bynajmniej. Nie mam powodu kryć się z ojczyzną, którą bardzo kocham. Jestem Niemiec.
— Niemiec? — rzekł, podniósłszy głowę. — W takim razie pozdrawiam cię, ziomku! Ja także Niemiec, a zupełny Apacz! Czy wam się to nie wydaje niezwykłem?
— Niezwykłem nie. Drogi Boże wyglądają często cudownie, a zawsze są naturalne.
— Drogi Boże? Czemu pan mówi o Bogu, a nie o losie, opatrzności, przeznaczeniu?
— Bo jestem chrześcijaninem i nie pozwolę sobie wydrzeć mojego Boga.
— Słusznie. Pan szczęśliwy człowiek! Tak, pan ma słuszność. Drogi Boże wyglądają często cudownie, ale są zawsze bardzo naturalne. Największe cuda są skutkiem naturalnych praw, a najpowszedniejsze zjawiska przyrody wielkimi cudami. Niemiec, uczony, znany badacz i rzetelny Apacz, to wygląda dziwnie, ale droga, którą do tego celu doszedłem, była całkiem naturalna.
O ile wziął mnie z sobą prawie niechętnie, o tyle ucieszył się teraz, że się mógł wygadać. Poznałem wkrótce, że to był niezwykły charakter, ale unikałem wszelkich