Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   92   —

nas powoli i dumnym krokiem, opuszczając zarośla. My udaliśmy się za nimi. Wtem Inczu-czuna ujrzał wbite w ziemię paliki miernicze, stanął, odwrócił się do mnie i zapytał:
— Co tu się robi? Czy blade twarze chcą ten kraj zmierzyć?
— Tak.
— Na co?
— Aby zbudować drogę dla konia ognistego.
Z oczu jego zniknął wyraz spokojnej zadumy. Rozgorzał gniewem i zapytał pospiesznie:
— Czy ty należysz do tych ludzi?
— Tak.
— Czy mierzyłeś razem z nimi?
— Tak.
— I płacą ci za to?
— Tak.
Obrzucił mnie pogardliwem spojrzeniem, a tak samo pogardliwie odezwał się do Kleki-petry;
— Nauki twoje brzmią bardzo pięknie, ale nie zawsze się sprawdzają. Oto zobaczyliśmy raz młodą bladą twarz z mężnem sercem, szczerem obliczem i rzetelnemi oczyma, a zaledwie spytaliśmy, co ona tu robi, wychodzi na jaw, że przybyła, aby nam za zapłatę kraść ziemię. Twarze białe mogą sobie być dobre, czy złe, wewnątrz jest zawsze jeden taki sam jak drugi!
Uczciwość każe mi wyznać, że nie znalazłem wtedy słów na obronę. W duchu czułem się zawstydzonym, gdyż wódz miał słuszność. Czyż mogłem być dumnym ze swojego zawodu, ja, surowo moralny, chrześcijański mierzyciel kraju?
Starszy inżynier ukrył się był razem z trzema surveyorami w namiocie, wyglądając przez dziurkę w stronę, skąd przybyć miał niedźwiedź. Spostrzegłszy nas, odważyli się wyleźć, wielce zdumieni, a nawet stropieni widokiem Indyan. Przywitali nas oczywiście pytaniem, jak obroniliśmy się przed niedźwiedziem. Rattler odrzekł: