Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/096

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   86   —

nej postaci nie wywoływał wrażenia śmiesznego. Zresztą tylko ludzie ordynarni chyba natrząsają się z niezawinionego błędu cielesnego. Do tego rodzaju ludzi należał Rattler, gdyż ujrzawszy przybysza, zawołał:
— Halloo, cóż to za karzeł i dziwoląg! Czy tu na pięknym Zachodzie bywają tacy ludzie?
Obcy zmierzył go od stóp do głów i odrzekł spokojnie tonem wyższości:
— Dziękujcie Bogu, że was obdarzył zdrowszymi członkami. Zresztą ciało nie odgrywa w człowieku najważniejszej roli, dużo zależy także od serca i ducha, a co do tego nie obawiam się porównania z wami.
Zrobił pogardliwy ruch ręką i zwrócił się do mnie:
— Macie siłę w kościach, sir! Rzucić w powietrze tak ciężkiego człowieka nie potrafi ktokolwiek tak łatwo. Rozkosz była popatrzeć na to.
Po tych słowach kopnął niedźwiedzia i ciągnął dalej, jak gdyby żałował:
— A więc to jest ten, którego my chcieliśmy mieć! Szkoda, że tak nie jest.
— Chcieliście go zabić?
— Tak. Znaleźliśmy wczoraj trop jego i szliśmy za nim w różne strony polem i gąszczem, aż teraz, kiedy dostajemy się na miejsce, rzecz już skończona.
— Mówicie w liczbie mnogiej, sir; nie jesteście sami?
— Nie, zemną są dwaj gentlemani.
— Kto taki?
— Przedstawię ich wam, skoro się dowiem, kto wy jesteście. W tej okolicy nie można być dość ostrożnym, napotyka się więcej złych ludzi, niż dobrych.
Powlókł spojrzeniem po Rattlerze i jego towarzyszach i mówił dalej przyjaźnie:
— Zresztą widać zaraz po gentelmanie, czy można mu zaufać. Słyszałem koniec waszej rozmowy i wiem poniekąd, co mam sądzić.
— Jesteśmy surveyorami, sir, — objaśniłem. — Je-