Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   64   —

— Hm!
— No, zgadnijcie!
— Mustangi?
— A wy skąd o tem wiecie? — rzekł zdziwiony, rzucając na mnie szybko spojrzenie.
— Czytałem o tem.
— O czem?
— Że konie swojskie, nieprzywiązane należycie, uciekają chętnie z dzikimi mustangami.
— Niech was dyabeł porwie! O wszystkiem czytaliście i nie łatwo wam zrobić niespodziankę. Wobec tego wolę ludzi, którzy nie umieją czytać!
— Chcecie mi sprawić niespodziankę?
— Naturalnie.
— Polowaniem na mustangi?
— Tak.
— To już niemożliwe. Warunkiem niespodzianki jest poprzednia nieświadomość o danej rzeczy, tymczasem wy musielibyście mi powiedzieć o tem, zanim się konie ukażą.
— Słusznie! Słuchajcie więc, mustangi były już tutaj.
— Czy to ich ślady badaliście dopiero co?
— Tak; wczoraj tędy przeszły. Była to straż przednia, uważacie, wywiadowcy. Trzeba wam wiedzieć, że to zwierzęta ogromnie mądre. Wysyłają zawsze małe oddziały naprzód i na boki, mają swoich oficerów zupełnie jak wojsko, a dowódcą jest zawsze stary i doświadczony ogier. Czy się pasą, czy przenoszą się z miejsca, zawsze obwód trzody stanowią ogiery, potem następują ku środkowi klacze, a w samym środku znajdują się źrebięta. Dzieje się to w tym celu, żeby ogiery mogły bronić klaczy i źrebiąt. Pokazywałem wam już nieraz, jak chwytać lassem mustanga. Zapamiętaliście sobie?
— Rozumie się.
— Czy macie ochotę złapać sobie jednego?
— Owszem.
— Przed południem nastręczy się sposobność do tego, sir!