Strona:PL Karol May - Winnetou 01.djvu/049

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   43   —

— Jakto?
— Pytacie jeszcze? Widzicie chyba, że porobiliście sobie z tych ludzi wrogów zakamieniałych.
— Nie. Przecież im nic nie uczyniłem.
— To prawda, albo raczej było prawdą dotychczas. Ponieważ jednak powaliliście dwu z nich na ziemię, to między wami stosunki zerwane.
— Być może, ale ja się nie boję. Właśnie przez te dwa uderzenia zdobyłem sobie poważanie. Nie rychło porwie się kto znów na mnie. Zresztą przy mnie stoją Hawkens, Stone i Parker.
— Jak chcecie. Wolna wola to niebo dla człowieka, ale często i piekło. Bardzobyście mnie się przydali. Ale przynajmniej kawałek drogi mnie odprowadzicie?
— Kiedy?
— Teraz.
— Czy chcecie zaraz wracać, mr. White?
— Tak. Zastałem tu takie stosunki, że nie mogę bawić tu dłużej, niż potrzeba.
— Ależ coś zjeść musicie, nim wyruszycie w drogę, sir?
— Zbyteczne. Mamy w torbach siodłowych wszystko, niezbędne do życia.
— Nie pożegnacie się z Bancroftem?
— Nie.
— Przybyliście, aby z nim o interesach pomówić!
— Zapewne, ale mogę to wam także powiedzieć. Przekonałem się nawet, że wy lepiej się rozumiecie na rzeczy, niż on. Ale przedewszystkiem chciałbym was ostrzec przed czerwonoskórymi.
— Czy widzieliście ich?
— Nie bezpośrednio, lecz ślady. W tym czasie ciągną na południe dzikie mustangi i bawoły, a czerwonoskórcy opuszczają wsi swoje, aby na nie dla mięsa polować. Przed Keiowehami niema obawy, gdyż pogodziliśmy się z nimi co do kolei, ale Komancze i Apacze nic o tem nie wiedzą i dlatego nie możemy się im poka-