Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Trampi, zobaczywszy jeńca, chcieli krzyczeć, ale kornel nakazał milczenie:
— Cicho! Nie wiemy wszak, czy niema jeszcze innych. Trzymajcie tego mocno; ja pójdę zobaczyć!
Obszedł ognisko dookoła, lecz uspokoił się, nie zobaczywszy nikogo. Wrócił przeto do jeńca i pochylił się nad nim, aby mu badawczo spojrzeć w twarz; poczem rzekł:
— Drabie! muszę cię znać! Gdzie ciebie widziałem?
Blenter był na tyle ostrożnym, że mu tego nie powiedział; w sercu jego wrzała nienawiść, ale starał się okazać twarz możliwie obojętną.
— Tak, musiałem cię gdzieś widzieć! — powtórzył kornel. — Kim jesteś? Czy należysz do rafterów, pracujących wgórze Black-bear?
— Tak, — odpowiedział zapytany.
— Pocoś się zakradł? Dlaczego podsłuchujesz?
— Dziwne pytanie! Czy na zachodzie zabronione jest przypatrywanie się ludziom? Ja myślę raczej, że jest to koniecznością. Dosyć chyba jest takich, przed którymi należy się mieć na baczności.
— Słyszałeś, co mówiliśmy?
— Nic nie słyszałem. Byłem wdole nad rzeką; wracając do obozu, ujrzałem wasze ognisko i naturalnie przyczołgałem się, aby zobaczyć, kto tu obozuje. Nie miałem jednak czasu słuchać, co mówiliście, bo byłem nieostrożny i pojmaliście mnie.
Blenter sądził, że kornel nie widział go przy baraku, lecz omylił się. Rudy odezwał się szyderczo:
— To ci wykręt! Widziałem cię poprzednio z rafterami, a nawet słyszałem, jak mówiłeś; poznaję cię teraz! Przyznajesz się do tego?