Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/099

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


złodzieja; ale tu na Zachodzie każdy bierze swą sprawę we własne ręce. Jestem przekonany, że będą nas ścigać przynajmniej przez czas pewien. A cóż to byli za jedni, którzy ruszyli naszym śladem? W każdym razie tylko ci z pośród pasażerów, którzy się na tem rozumieją, a więc Old Firehand, Czarny Tom i co najwyżej owa zabawna „ciotka“ Droll. Powinniśmy byli na nich zaczekać, a bardzo łatwo dałoby się zabrać Tomowi pieniądze. Zamiast tego jednak odbyliśmy tę daleką drogę i siedzimy teraz nad rzeką Niedźwiedzią, nie wiedząc, czy co zdobędziemy. A to, że kornel teraz po nocy włóczy się po lesie, aby szukać rafterów, jest również głupotą. Mógł poczekać do rana i...
Tu rozumowanie jego przerwało ukazanie się kornela, który wyszedł w tej chwili z poza drzew i przystąpił do ogniska. Widział spojrzenia towarzyszy, skierowane z zaciekawieniem na niego; zdjął kapelusz z głowy, rzucił go na ziemię i rzekł:
— Nie przynoszę wam, ludzie, żadnej dobrej wieści; miałem pecha!
— Jakiego? Co za nieszczęście? Pecha? — zapytano dokoła. — Gdzie jest Bruns?
— Bruns? — odrzekł kornel, siadając. — Ten wogóle nie wróci; zabity!
— Zabity? Co ty pleciesz, u djabła? Cóż mu się przytrafiło?
— Spotkało nieszczęście tego biedaka; zginął od noża, który wpakowano mu w serce.
Ta wiadomość wywołała wielkie poruszenie. Każdy pytał, jak i co się stało; kornel nakazał spokój, i, gdy ochłonęli, odezwał się: