Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/092

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Co? Wielki Niedźwiedź! — zawołało kilku rafterów ździwionych, a Missouryjczyk dodał:
— To ten chłopiec jest zatem „Małym Niedźwiedziem“?
— Tak — skinął czerwony.
— Tak, to co innego! Obaj Niedźwiedzie są wszędzie mile widziani. Bierzcie mięso i miód — ile tylko chcecie — i pozostańcie z nami, póty się wam spodoba. Ale, co sprowadza was w tę okolicę?
— Przychodzimy ostrzec rafterów.
— Dlaczego? Czy grozi nam jakie niebezpieczeństwo?
— Wielkie niebezpieczeństwo.
— Jakie? Powiedz!
— Tonkawa najpierw jeść i przyprowadzić konie, a potem mówić.
Dał znak synowi, poczem ten oddalił się, a on wziął z kotła kawał mięsa i zaczął spożywać z takim spokojem, jakby siedział w bezpiecznym wigwamie[1].
— Macie konie ze sobą? — zapytał stary. — W czasie nocy, tu w ciemnym lesie? A przytem szukaliście nas i znaleźliście? To jest cud pewnego rodzaju!
— Tonkawa ma oczy i uszy. On wie, że rafterzy mieszkać zawsze nad wodą, nad rzeką. Wy bardzo głośno mówić i wielki ogień płonąć, który my widzieć daleko, a czuć jeszcze dalej. Rafterzy bardzo nieostrożni, bo nieprzyjacielowi łatwo ich znaleść.
— Tu niema żadnych nieprzyjaciół. Myśmy zupełnie sami w tej okolicy, a jesteśmy na wszelki wypadek dosyć silni, aby obronić się przed ewentualnym wrogiem.

— Missouri-Blenter się mylić.

  1. Wigwam — szałas, okryty skórą.