Strona:PL Karol May - Skarb w Srebrnem Jeziorze 01.djvu/090

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się łatwo obronić przed rafterami, gdyby im przyszło na myśl powrócić; potem udał się do najbliższego sąsiada, aby sprowadzić kogoś, ktoby mię pielęgnował w chorobie. Musicie wiedzieć, że ten sąsiad mieszkał w odległości przeszło trzydziestu mil, a Winnetou nigdy jeszcze nie był w tej okolicy. Mimo to znalazł go, chociaż dostał się tam dopiero wieczorem; nad ranem przybył z nim i jego parobkiem. Potem opuścił nas, aby pójść śladem morderców. Nie wracał przez tydzień. Ja tymczasem pochowałem zmarłych i poleciłem sąsiadowi, by sprzedał posiadłość. Moje rozbite członki nie były jeszcze wprawdzie zupełnie zdrowe, ale ze straszliwą męką oczekiwałem powrotu Apacza. Ten dogonił rafterów, a podsłuchawszy ich, dowiedział się, że mają zamiar udać się do fortu Smoky-hill. Nie pokazał się, ani im nic nie zrobił, bo zemsta należała do mnie. Kiedy nas pożegnał, wziąłem strzelbę, siadłem na konia i pojechałem.Resztę wiecie, albo możecie się domyśleć.
— Nie wiemy nic! Opowiadaj dalej, opowiadaj!
— Bądźcie pewni, że nie jest to dla mnie przyjemnością. Pięciu zostało zdmuchniętych, jeden po drugim; tylko szósty, i to najgorszy, umknął. Był rafterem, a może dotąd trudni się tem rzemiosłem; dlatego i ja zostałem rafterem, bo myślę, że go w ten sposób najpewniej spotkam. A teraz — behold! Co to za ludzie?
Skoczył, a inni poszli za jego przykładem, bo w te] chwili z ciemnego lasu weszły w obręb światła, padającego z ogniska, dwie postacie okryte pstremi kocami. Byli to dwaj Indjanie: stary i młody. Pierwszy podniósł uspakajająco rękę do góry i rzekł:
— Nie obawiać się, my nie nieprzyjaciele! Czy pra-