Strona:PL Karol May - Klasztor Della Barbara.djvu/24

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Tak, jestem djabłem, szatanem, Belzebubem! — ryknął Sępi Dziób, wyskakując z trumny. — Pójdziecie ze mną do piekła. Oto chrzest przed wejściem do podziemi!
Wyciągając długie ręce, wymierzył każdemu z nich tak mocny policzek, że obydwaj znaleźli się na kamiennej płycie. Z bystrością prawdziwego znawcy prerji dojrzał w następnej chwili broń, którą mieli przy sobie. Wyrwał ją i odrzucił w najodleglejszy kąt.
Padając na płytę, Cortejo wypuścił z rąk ślepą latarkę; wpadła do trumny i nie zgasła. Sępi Dziób ujął ją lewą ręką. Trzymając w prawej bagnet, zagrodził plecami wyjście na schody.
Obydwom łotrzykom wróciło tymczasem poczucie świadomości. Zerwali się na równe nogi. Cortejo zawołał:
— Do pioruna, to przecież człowiek!
Strach nagle ustąpił miejsca wściekłości. Obydwa łotry zorjentowali się, że mają przed sobą tylko człowieka. Przypuszczając, że w podziemiach oprócz Sępiego Dzioba niema nikogo, odzyskali dawny tupet i bezczelność.
— Łotrze! Co tu robisz? — rzekł Landola z ponurą miną. — Odpowiadaj, inaczej...!
Pah! Pierwszemu, kto się odważy mnie dotknąć, wpakuję w nos latarnię, by mu się zdawało, ze świeci w niej tysiące słońc i księżyców. No, dosyć żartów! Jesteście moimi jeńcami. — Minę miał teraz tak groźną, że nawet Landola zaczął przeczuwać coś niedobrego.

22