Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/334

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, istotnie nie wiem,
— Jeśli chcesz wiedzieć... — zacząłem, ale on wstał i podszedł ku mnie.
— Posłuchaj, stary przyjacielu, przecież jesteśmy przyjaciółmi, zawsze byliśmy przyjaciółmi — czy nie?
Trudno mi było odrzec.
— Dobrze, dobrze, nikt o tem nie wątpi. Więc pocóż mamy mówić o takich rzeczach? Nie brak nam dzięki Bogu tematu do rozmowy. Co myślisz o swej biednej siostrze, Pip! Pamiętasz łaskotkę?
— Oczywiście.
— Posłuchaj przyjacielu, robiłem wszystko, by ochronić twe plecy od łaskotki; ale nie zawsze mogłem zrobić to, co chciałem. Bywało, że gdy biedna siostra postanowiła cię zbić, kiedym ja się w to wmieszał, nie tylko sam dostawałem, ale ciebie podwójna spotykała chłosta. Dobrze to zauważyłem. Nie dlatego zostawałem czasem biernym i nie broniłem dziecka przed karą, bym się miał obawiać trzcinki. Nie, ale gdy przytem i dla dziecka miało być gorzej, to rzeczywiście człowiek pytał się: „Co z tego za korzyść? Widzę tylko szkodę.“ Pytam cóż za pożytek z wmieszania się w takich razach?
— Drogi Józefie, zawsześ szlachetnie postępował i postępujesz; zawsze masz racyę.
— A więc, stary przyjacielu, biorę cię za