Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/326

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zawirowało mi w głowie i zatrzęsło się w oczach. Gdym je znowu otworzył, leżałem na łóżku i obaj ludzie stali obok mnie.
— Widzicie, w jakim jestem stanie, poszedłbym z wami, jeślibym tylko mógł, ale doprawdy obecnie to niemożliwe. Jeśli mnie przemocą weźmiecie, umrę na drodze.
Może i odpowiedzieli mi i zapewniali, że nie jestem w takim złym stanie, ale już nic więcej nie pamiętam; wiem tylko, że mnie zostawili w spokoju.
Czasami uświadamiałem sobie, że mam gorączkę i malignę, ale wnet przychodziły chwile, w których zdawało mi się, że jestem cegłą w wielkiej ścianie i błagałem kamieniarzy, by mnie wyjęli; albo wyobrażałem sobie, że jestem stalową tłocznią jakiegoś wielkiego parowca, mknącego z szumem po rzece i krzyczałem, aby zatrzymano maszynę, odkręcono mnie i wypuszczono na wolność. Wreszcie odczuwałem, że walczę z otaczającymi mnie ludźmi, w mniemaniu, że chcą mnie zabić ale potem przekonywałem się, że oni pragną tylko mego dobra i spokojnie pozwalałem im robić ze mną, co trzeba. Najdziwniejszem zaś było to, że wszystkie osoby, przedstawiające się mej rozstrojonej wyobraźni wcześniej czy później przybierały postać Józefa.
Gdy minął najgorszy czas choroby i polepszyło mi się trochę, dziwaczne obrazy zni-