Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się na rzeczy, umiejącego pływać i nurkować. Uciekłem i ukrywałem się między mogiłami na cmentarzu, zadroszcząc tym, którzy w nich leżeli, pókim nie ujrzał swego chłopca.
Popatrzył na mnie z wyrazem takiego przywiązania, że było mi nieprzyjemnie i czubem do niego wielki żal.
— Chłopiec mój oznajmił, że Kompenson ukrywa się na moczarach. Zdaje mi się, że strach przed powtórnem zetknięciem ze mną skłonił go do ucieczki, nie wiedział bowiem, że jestem na brzegu! Wreszcie wytropiłem! go rozbiłem twarz... — „Teraz, rzekłem, bez względu na własne niebezpieczeństwo, nie mogę nic gorszego obmyśleć, jak zaciągnąć cię na ponton.“ Miałem zamiar spełnić swój zamiar, gdy nadeszli żołnierze.
Oczywiście było mu jeszcze lepiej; uważano go za dobrego człowieka. Mówiono, że uciekł tylko ze strachu, aby się ocalić przed memi napaściami i groźbami, dlatego ukarano go łagodnie. Mnie zakuto w kajdany, znowu osądzono i zesłano na całe życie. Ale nie pozostałem tam przez całe życie, bo nie widzielibyście mnie tutaj.
Powoli obtarł czoło i twarz, chustką, wyjął z kieszeni trochę tytoniu, odwiązał fajkę z pętli, nałożył ją i zapalił.
— Czy umarł? — spytałem.
— Kto taki?