Strona:PL Karol Dickens - Opowieść wigilijna.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

— wykrzyknęła pani Cratchit, zaperzywszy się od gniewu. — Chciałabym, żeby się tu znajdował, wyprawiłabym mu ucztę, miałby się zpyszna. Nie wiem, czyby strawił wszystko, czembym mu usłużyła!
— Moja kochana — rzekł Bob — dzieci!... Wigilja Bożego Narodzenia!
— W istocie, potrzeba Bożego Narodzenia, aby pić za zdrowie takiego skąpca, takiego sknery, takiego tyrana, nieczułego, nieubłaganego, jak ten kamienny Scrooge. Ty wiesz o tem najlepiej, Robercie, biedny mój mężu, — ty wiesz, jak się pastwi nad tobą, — jak ci zwolna krew wysysa.
— Moje życie! — mówił Bob łagodnie — moje życie! — Boże Narodzenie!
— Wypiję za jego zdrowie przez przywiązanie do ciebie i przez cześć należną dzisiejszej uroczystości. Życzę mu więc wesołych świąt, szczęśliwego roku i długiego życia. Lecz czy Opatrzność święta i sprawiedliwa jednego jest z nami zdania, o tem bardzo wątpię.
Dzieci poszły za przykładem rodziców i spełniły to zdrowie, jedyna rzecz, którą w tym dniu uczyniły z niechęcią. — Scrooge był postrachem rodziny, a wspomnienie jego nazwiska rozciągnęło nad uczciwem gronkiem posępną chmurę, wiszącą przez kilka minut. Wszystkie twarze zasmuciły się i sposępniały. Potem wróciła znowu najwyższa wesołość. Bob oznajmił im, że upatrzył dla Piotra miejsce, które mu może przynieść ze dwanaście złotych tygodniowo. Malcy śmieli się jak opętani, usłyszawszy, że pan Piotr idzie na swój chleb i że będzie robił interesa; pan Piotr