Strona:PL Karol Baudelaire-Kwiaty grzechu.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

By posłuchać koncertu, jaki wojsko grywa
Po ogrodach, orkiestra z trąb głównie złożona,
Co w te złote wieczory, gdy wszystko odżywa,
Jakąś skrę bohaterstwa tchną w mieszczuchów łona.

Ta, z życiem jeszcze, dumna, sztywna — z swej uboczy
Piła chciwie rycerski śpiew marsowych synów;
Czasem jak stary orzeł otwierała oczy;
Jej skroń z marmuru zdała się godną wawrzynów!

4.

Tak idcie, stoicznie, bez skarg, nieugięte,
W pośrodku żywych stolic mętnego chaosu,
Matki z łonem przebitem, hetery lub święte,
Których imiona niegdyś brzmiały śród rozgłosu.

Wy, coście były wdziękiem, coście były sławą,
Dziś nikt was nie zna! Nieraz opój rozbestwiony
Swą szyderczą miłością znieważa was krwawo,
A w ślad skacząc przedrzeźnia ulicznik spodlony.

Cienie skurczone, co się wstydzicie istnienia,
Śliznące się wzdłuż murów, zgarbione, nieśmiałe,
Ach, dziś was nikt nie wita! (dziwne przeznaczenia!)
Szczątki ludzkości, już dla wieczności dojrzałe!