Strona:PL Karol Baudelaire-Kwiaty grzechu.djvu/083

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zmęczyła się. O, legnij z spokojnem sumieniem,
Szkapo, co wciąż utykasz, — wstyd zostaw na stronie!

Duch mój, maruder stary, złaman wycieńczeniem,
Miłość już dlań bez smaku, do dysput nie płonie;
Milcz więc pieśni śpiżowa, żegnaj fletni tonie!
Rozkoszy, nie kuś serca, co już zaszło cieniem!

Cudna wiosna już nie tchnie balsamicznem tchnieniem!

Oto chwila po chwili — czas mię zwolna chłonie,
Jak zamieć śnieżna ciało zdjęte odrętwieniem;
Cały krąg ziemski z góry ogarniam spojrzeniem,
I nie szukam lepianki, kędy głowę skłonię!

Lawino, chcesz mnie unieść, pędząc po gór skłonie?






XLV
OTCHŁAŃ.

Pascal miał otchłań, która wciąż płynęła za nim.
— Ach, wszystko jest otchłanią! Żądza — mara — słowo —
Czyń! Nieraz włos mi wstaje, gdy czuję lodową
Bojaźń, co mię przenika wskroś z wiatru powianiem.