Przejdź do zawartości

Strona:PL Karol Baudelaire-Kwiaty grzechu.djvu/081

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Mój duch — to dzwon pęknięty, co gdy się szamoce
W nudzie, pragnąc zaludnić pieśnią długie noce,
Głos jego osłabiony — często w złudzeń grze —

Wydaje się chrapaniem rannego — przez losy,
Co leży zapomniany pod trupiemi stosy,
Który w strasznym wysiłku nieruchomy mrze!






XLIII
GŁOS.

Kolebka moja stała gdzieś u drzwi bibljoteki:
Babelu, gdzie baśń, romans — śród mądrych ksiąg ogromu,
Mięszały się — a z niemi w pyle Rzymiany, Greki;
Ja sam nie byłem wyższy od porządnego tomu.
I słyszałem dwa głosy. Stanowczy a układny
Szeptał jeden: „Ta ziemia — to wyrób cukierniczy;
Mogę (wówczas w rozkoszy nie spotkasz tamy żadnej)
Dać ci apetyt równy powabom tych słodyczy.“
A drugi: „O, pójdź ze mną błądzić po marzeń drogach,
Za krańce możebności, w dal, poza światy znane!“
Głos ten śpiewał, jak wicher szumiący po rozłogach,
Jak widmo nieokreślne, nie wiedzieć zkąd przywiane,