Strona:PL Julian Ejsmond - W słońcu.djvu/033

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Na gwiezdnem błoniu nieba dopadły złotego miesiąca.
Rozdarły go jak zająca!
Zagasła tarcza świecąca...
A potem mleczną drogą, szerokim iskrzącym śladem
pomknęła ich sfora wyjąca
za gwiazd rozpierzchłem stadem...

— — — — — — — — — — — — — — — —

Jutrzenka, różowa pasterka, pasąca obłoczki-baranki,
przyjdzie do lasu o ranku
z bukietem wonnego tymianku...
Zapachną nagrzane w słońcu gwoździki i macierzanki.
Rozśpiewają się gniazda ptaszęce.
Rozradują się serca pisklęce.

Będzie chodzić po leśnych gęstwinach i rozsiewać dokoła czary...
Uspokoi zlęknione słowiki...
Ukołysze strwożone strumyki...
Ułoży do snu wiecznego oderwane przez burzę konary
i łzami rosy srebrnemi
utuli niepokój ziemi...