Strona:PL Julian Ejsmond - Antologia bajki polskiej.djvu/037

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i tylo z nim biedy użyć...
A on sam jest tak niedbały,
że się z miejsca nie chce ruszyć.
Cokolwiek my obmyślim, to się to weń wetka,
Sami tego nie skosztujem,
nań robim, oń się turbujem...
Śmierć go pewnie potka prędka,
Kiedy z nas kożdy da pokój wszytkiemu...
Niechże patrzy, skądby swemu
pożywieniu sam zabieżał«.
Uczyniły to, kożdy wypowiedział
służbę temu leniwcowi.
Głowa rozumie, że daleko zdrowiej
nic nie myślić potrzebnego,
jeno co jest wesołego.
Ręka nie robi, nogi nie biegają,
chyba, że w taniec zagrają.
Oczy śpią do jedenasty
i nie chcą patrzać, jeno na niewiasty.
Ale to wszytko nad trzy dni nie trwało.
Serce krwie świeżej nie miało,
a to grunt... I gdy tak pości
żołądek, wszytkim członkom przychodzi do mdłości.
Tu buntownicy postrzegli,
jako źle bez gospodarza.
Każdy się z nich upokarza
i znowu do swej functiej pobiegli,
widząc, że ten, który się zdał być w próżnowaniu,
jest najpotrzebniejszym ku ich zachowaniu;
owszem, że wszytko na nim należało,
choć na pozór robił mało.

Ta bajka jest wizerunk Państwa i zwierzchności,
którzy w prostych ludzi oczach