Strona:PL Joseph Conrad-Zwierciadło Morza.djvu/018

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Podczas pierwszej podróży, którą odbyłem jako starszy oficer z zacnym kapitanem MacW—, pamiętam że bardzo mi to pochlebiło; wykonywałem radośnie swe obowiązki, wyobrażając sobie iż jestem sam dowódcą. Ale wielkość mych złudzeń nie zmieniała faktu, że prawdziwy dowódca znajdował się na okręcie, podtrzymując moje zaufanie do samego siebie, choć był niewidzialny dla mych oczu; kryły go drzwi o białej porcelanowej klamce, fornirowane drzewem klonowem.
W czasie tego wstępnego okresu duch dowódcy, oderwawszy się od brzegu, porozumiewa się z oficerami stłumionym głosem, który wychodzi jakby z sanctum sanctorum świątyni; czy bowiem nazwiemy statek świątynią, czy też „pływającem piekłem“ — jak określano niektóre statki — kajuta kapitana jest z pewnością najwznioślejszem miejscem na każdym okręcie.
Zacny MacW— nie przychodził nawet na posiłki i pożywiał się samotnie w swem świętem świętych z tacy nakrytej białą serwetą. Nasz steward spoglądał ironicznie na doszczętnie puste talerze, które stamtąd wynosił. Żal za domem, ogarniający tak wielu żonatych marynarzy, nie pozbawiał kapitana MacW— przysługującego mu apetytu. I rzeczywiście, steward podchodził do mnie prawie za każdym razem, gdy siedziałem na krześle kapitana na pierwszem miejscu i szeptał z powagą: „Pan kapitan prosi jeszcze o kawałek mięsa i dwa kartofle“. My, jego oficerowie, słyszeliśmy jak się przewracał na koi, albo chrapał zlekka, albo wzdychał głęboko, albo pluskał się i parskał w łazience; raporty zdawaliśmy mu jakby przez dziurkę od klucza. Szczytem jego miłego charakteru było to, że odpowiedzi, które nas dochodziły, wypowiadał zupełnie łagod-