Strona:PL Joseph Conrad-U kresu sił.djvu/066

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    będzie — kapitan ścierpi to dla niej. Zresztą nic przecież nie powiedział co by nie było zgodne z prawdą; pomyślawszy to Whalley uznał się za na wskroś zepsutego. Uśmiechnął się pogardliwie ze swego wyrachowania. Oczywiście nie było wskazane zwierzać się ze wszystkiego człowiekowi w rodzaju Massyego i to człowiekowi, z którym miał pozostawać w osobliwym stosunku. Ten Massy nie podobał mu się. Nie podobały mu się i jego napady łaszącej się gadatliwości, i wybuchy mściwego oburzenia. Koniec końców — biedak. Kapitan nie chciałby być w jego skórze. W gruncie rzeczy ludzie nie są źli. Nie podobały się również kapitanowi wylizane włosy Massyego, a także dziwny sposób w jaki stawał do człowieka bokiem, zadarłszy nos i patrzył przez ramię. Tak. Właściwie to ludzie nie są źli — są tylko głupi lub nieszczęśliwi.
    Kapitan Whalley rozprawił się już z wątpliwościami co do swego postanowienia — i oto całą długą noc miał przed sobą. W pełnym świetle obfita jego broda połyskiwała jak srebrny napierśnik okrywający serce; w półmroku między latarniami wielka postać Whalleya wydawała się mniej wyraźna — olbrzymia, tułacza, pełna tajemniczości. Tak: niewiele jest prawdziwego zła w ludziach. A z lewej strony towarzyszył ciągle kapitanowi ukośny cień — co na Wschodzie uważa się za zły omen.

    * * *

    — Serangu, czy już dostrzegasz kępę palm? — zapytał kapitan Whalley z fotela na mostku Sofali, gdy statek zbliżał się do mielizny Batu Beru.
    — Nie, tuanie. Zobaczyć zaraz.
    Stary Malaj, ubrany w granatowy garnitur z grubego indyjskiego perkalu, stał mocno na kościstych ciemnych nogach pod płóciennym dachem mostka; założył ręce w tył i patrzył