Strona:PL Jerzy Żuławski - Poezje tom IV.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


daj mi bóstwo, co z rąk się nie wymknie jak złuda,
a ja duszę ci oddam za takowe cuda, —
wszystko jedno: szatanem jesteś, czy aniołem!


MEFISTOFELES

Zgoda! — — Oto skinieniem ręki burzę ściany:
widzisz! widzisz, Fauście, ten obraz przed sobą?


FAUST

Czy ja marzę? czym w błękit uleciał wraz z tobą?
Jakaż ona urocza! czy to duch świetlany?!


MEFISTOFELES

Cha! cha! mędrcze! cielesna ona, ta dziewica!
Popatrz! Śpi tak niewinna pod białą firanką...
Cóż za rozkosz by była mieć ją swą kochanką...?


FAUST

Ha! nie bluźnij! Kochanką! — ona anielica!


MEFISTOFELES

Dobry sobie! Anioły nie są tak ponętne!
Patrz! opadło z jej piersi nakrycie; — bielizna
lepiej stroi niż suknia — nawet mędrzec przyzna!
Patrz na twarz jej! Te rysy tak dziewicze, smętne...
sen tak cichy... A wiesz ty, o czem ona marzy?