Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/157

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Płomyk lampki gazowej, wysuniętej z pod retorty, strzelał w górę błękitny, ruchliwy, drobnemi, złotawemi iskrami usiany. Biały szczur w klatce, zmęczony snadź ustawicznem bieganiem, przysiadł i wystawiwszy między pręciki różowy nosek, obwąchiwał uważnie tuż obok leżącą, szczelnie zamkniętą szklaną epruwetkę, w której na galaretowatej masie szarzało kilka plamek ślicznie rozwiniętych, a specjalnie dla niego przeznaczonych zarazków tyfusowych.
Aptekarz myślał teraz o życiu swojem straconem, o zmarnowanej świetnej może przyszłości, o nadziejach, jakie mu niegdyś z powodu jego zdolności robiono, o nędzy i o tej pracy swej, w którą duszę i zdrowie włożył, i znowu o tem, co wczoraj usłyszał. Uczucie bezgranicznej rozpaczy i pustki jakiejś niezmierzonej owładnęło nim, wiercąc w mózgu i tamując oddech. — Nie! bezwarunkowo, nie może tutaj i dzisiaj wysiedzieć! — musi wyjść musi zaczerpnąć świeżego powietrza — Może się uspokoi...
Powstał, odtrącając krzesło gwałtownym ruchem, chwycił płaszcz, czapkę i nie gasząc światło, wybiegł w ciemną ulicę. Szczur przestraszony łoskotem rzucił się w kąt klatki i patrzył za nim zdziwiony...