Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Gwiazdy iskrzą się na niebie, przez otwarte okno zalatuje świeży, chłodny powiew wiatru, niesie mi płacz lip z nad cmentarza i wonie kwiatów po grobach kwitnących, kołysze płomieniem lampy i muska mi skroń, — a mnie chwilami się zdaje, że to dłoń matczyna z mogiły przyszła do mnie i po włosach mnie gładzi, — zdaje mi się, że słyszę szept cichy, słodki: Czemu płaczesz, synku?..
Odwieczne, zawsze jednakie, matczyne: Ti klatejs, pajdi?
Skronie mi płoną, jak płonęły wówczas, gdym z ręki kupca brał zadatek za ziemię krwią i potem ojców moich przesiąkłą...
Nie myślałem nigdy, żeby ta chwila tak straszną mogła być dla mnie...
Mówcie co chcecie, stawiajcie, jakie się wam podoba teorje w zakres socjologji i ekonomji politycznej wchodzące, — ja czuję mimo wszystko w tej chwili, że ta ziemia moja była, bo tu każdy zagon, każdy kamień, drzewo każde zrosło się z przeszłością tych, co mi krew i życie dali, tych, których ducha w sobie noszę...
Była moja, a teraz moja już nie jest.
Wytężam źrenice w noc, w ciemność, między te gwiazdy, co tak spokojnie lśnią w gó-