Strona:PL Jerzy Żuławski - Kuszenie szatana.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Dzisiaj był bledszy i niespokojniejszy niż zwykle. Przerywał czytanie co chwila i zdawał się nadsłuchiwać; wreszcie rzekł: „Wołają mnie“.
„Kto?“ — zapytałem roztargniony.
Ojciec patrzył na mnie długo i smutno — a po chwili odpowiedział jednem słowem: „Ojcowie“...
Wyszedłem z sali. Gdym szedł przez korytarz, lęk mnie zbierał przed „ojcami“, z płócien na mnie poglądającymi.
Wszak i oni już w cudzym domu...
Dzisiaj rano dobiłem targu.
Przyjechał kupiec opasły, gruby, z poczciwą i dosyć bezmyślną twarzą. Oglądał on już Boryniec oddawna i dzisiaj nie targował się wiele.
Na cenę przeze mnie naznaczoną zgodził się po chwili wahania; cenę dosyć wysoką ze względu na zaniedbane grunta i wyrąbane lasy, — nizką jednak, bardzo nizką ze względu na wiekowe szczerby w murach dworu i stare lipy i cmentarz pod lipami i portrety dziadów moich...
Sprzedałem wszystko — grunta i dwór, krescencję, inwentarz — wszystko, nawet owe ciemne portrety w korytarzu...
Inwentarz — i portrety dziadów!...