Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/678

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Nie przyszle komornika, do kozy nie wsadzi.»
O nędzni! czyż z was żaden nigdy nie uwierzy,
Że i Jowisz potrafi ukarać szalbierzy?

W burzę morską, Podróżny, setkę wołów całą
Ślubował Jowiszowi, gdy wyrwie go z toni.
Słowo wiatr: mógłby był śmiało
Przyrzec nawet setkę słoni,
Bo po skończonej przeprawie
Garstkę kości poświęcił na całopalenie.
Jowisz krztusił się dymem, zobaczył płomienie,
I koniec. «O Jowiszu! chciej uznać łaskawie,
Rzecze Podróżny, żem dotrzymał słowa;
Ta woń, co łechcze twoje powonienie,
Jest to rzetelna, czysta woń wołowa;
Więc kwita z nami: nicem ci nie dłużny.»
Bóg zamilkł. Lecz gdy zasnął znużony Podróżny,
Jowisz mu wskazał, w marzeniu ułudnem,
Skarb, skryty w miejscu odludnem.
Człowiek się zrywa i do skarbu pędzi:
Spostrzega zbójców; więc trwogą przejęty,
Hojnych obietnic nie szczędzi:
«Dam wam w okup, powiada, złota trzy talenty;
To mało? więc dam cztery, dziesięć... sto nareszcie...
Mam je w swym domu, w mieście; chodźcie i zabierzcie.
— Drwisz chyba, rzekli zbójcy; w mieście straż nas złowi;
Bratku, bez żadnych wykrętów:
Chcesz nas zdradzić... giń zatem; i twe sto talentów
Zanieś w darze Plutonowi.»