Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/549

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Skoro o żadnej dnia i nocy porze
Na chwilę zasnąć nie może.
Gdy Opatrzność bogactwem chciała go ukarać,
Mogła się przecie postarać,
Aby na targu, co rano,
Sen tak jak chleb sprzedawano:
Aby, kto nie śpi, mógł za swe talary
Kupić snu ze dwa centnary.
Tak zawodząc gorzkie żale,
Przywołał Szewca. «Mój panie Michale,
Powiedzcie, proszę, ile ze swej pracy
Przez rok zarobić możecie?
— Przez rok? ja nie wiem. — Porachujcież przecie.
— Jaśnie panie, Szewc rzecze, bo to my, biedacy,
Nie rachujem na lata, ani na miesiące;
Ot, byle związać dwa końce,
To już pociecha. Kiedy z łaski nieba
Człek ma robotę, to ma i ochotę;
Więc wesoło żyję sobie,
Bo codzień przecie zarobię
Na łyżkę strawy i kawałek chleba.
— A ileż na dzień? — Złotówkę, dwa złote,
Różnie to bywa; lecz największa bieda,
Że raz w raz święta, processye, odpusty,
A pracować nie sposób, chociaż mieszek pusty,
Bo ksiądz rozgrzeszenia nie da.»
Zaśmiał się Bankier. «Mój zacny sąsiedzie,
Dziś kres położę twej biedzie: