Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/544

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jednak, w ostatniej godzinie,
Jego ominie.

Starzec stuletni, widząc że Śmierć wchodzi
Do jego progów, jął gorzko narzekać:
«Cóż tak pilnego? wszak możesz zaczekać!
Rozważ, czyliż to się godzi
Ni ztąd ni zowąd, nagle, niespodzianie
Kogoś nachodzić? Mam spory majątek,
A może z moich wnuczątek
Żadne grosza nie dostanie,
Bo wśród kłopotów, zamętu,
Nie miałem czasu spisać testamentu.
Patrz: żona moja złożona chorobą,
Chce, bym zaczekał i zabrał ją z sobą;
Kupiłem wioskę, stawiam pałac nowy:
Niechże, nim umrę, dokończę budowy.
Trzebaż choć było ostrzedz mię, do biesa!
Że dziś w wieczności muszę iść krainę;
Byłbym się przygotował, skończył interesa...
Zostaw mi choć rok jeszcze, miesiąc, dzień, godzinę!...
— Chciałbyś, widzę, Śmierć rzecze, żyć przez wieczność całą;
Sto lat jesteś człowiekiem i jeszcze ci mało?
Wszakże Czas cię ostrzegał: postradałeś siły,
Lata śniegiem starości włos twój ubieliły,
Wszyscy twoi rówieśni już dawno w mogile;
Czyż to nie były wskazówki
Że i dla ciebie nadejdzie za chwilę