Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/515

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


I przybył tam, gdzie zwykle, kapryśna Bogini
W zamian za hołdy, wiele cudów czyni:
Poprostu mówiąc, stanął na królewskim dworze.
Tam, śledząc, czy Fortuna gdzie się nie nawinie,
Bywał przy wstaniu, spaniu i śniadaniu,
Przy wieczerzy i obiedzie,
I o wszelakiej godzinie
Wśród dworzan stojąc na przedzie
Czekał uśmiechu, spojrzenia,
Lub łaskawego skinienia.
Ale z pańskiej łaski stołu,
Pomimo trudu, mozołu,
Nie zdobył ni okruszyny.
«Co to jest, rzecze, czy mnie sen nie zwodzi?
Wszakże widzę Fortunę, jak każdej godziny
Do tego, do owego, do tamtego wchodzi;
Dla czegoż mnie omija? Kto chce, tutaj łowi
Zaszczyty i dostatki; ja tylko, w tem gronie,
Zwodniczą goniąc marę, napróżno czas trwonię.
Bądźcie zdrowi, dworacy; żegnam, bądźcie zdrowi.
Wszak Fortunie w Suracie wzniesiono świątynię:
Tam znajdę moją Boginię.»
Wsiadł na okręt, popłynął. A podczas podróży,
To ścigany przez korsarzy,
To wpośród wichrów i burzy,
Nieraz biedak gorzko marzy
O swojej chatce i o przyjacielu;
Nieraz widział śmierć zblizka; ale na nią przecie