Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/500

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Przebąkując coś o smrodzie.
Srodze był skaran, niestety!
Za taki brak etykiety.
O crimen laesae jawnie oskarżony,
Bez sądu i bez obrony
Zszedł ze świata do piekieł, w Plutonową kuchnię,
Doświadczyć, czy tam gorzej, niźli u Lwa, cuchnie.
Małpa, nie chcąc przedwcześnie oglądać bram piekła,
Do pochlebstwa się uciekła.
«Wielkiś jest, o Lwie! rzecze, ostre twe pazury:
Łotr był wart, by go żywcem obdarto ze skóry!
Sarkać na takie pachnidła subtelne!
Obym tą wonią mogła nieskończenie
Pieścić swoje powonienie!»
Ale te słowa bezczelne
Znów rozżarzyły gniew króla,
I, jak drugi Kaligula,
W ślad za Niedźwiedziem wysłał podłe zwierzę.
Wtem, widząc Lisa, rzekł: «Powiedz, a szczerze
I bez wykrętów: jakież twoje zdanie?
— Ach! Lis odrzecze, Najjaśniejszy Panie,
Zaziębiłem się gdzieś w drodze
I katar dręczy mnie srodze,
Więc straciłem węch do szczętu.
Lecz sądzę, bez komplimentu,
Że żaden wierny sługa na królewskim dworze,
To co i król wąchając, skarżyć się nie może.»
Tak Lis, skłamawszy zgrabnie przed tyranem,