Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/496

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


A ogród nadewszystko. Dnie całe i noce
Szczepił, sadził, podlewał, a każdego rana
Znosił dla państwa owoce,
Z kwiatów barwne splatał wianki,
I przez różne niespodzianki,
Pracując skrzętnie i skrycie,
Jak mógł, umilał im życie.
Tak mu się tam podobało,
Że mimo płochość, chochlikom wrodzoną,
Byłby w tym domu został wieczność całą,
A nawet i dłużej pono.
Ale inaczej rozrządziły losy:
Kopali pod nim dołki dobrzy przyjaciele,
I król chochlików, za czasu niewiele
Wygnał biedaka między Eskimosy,
Nad lodowatych oceanów brzegi,
Paść renifery i zamiatać śniegi.
Zapłakał chochlik na takie bezprawia
I, chcąc pożegnać, widomie się zjawia
Zdumionym oczom rolnika.
«Niesłuszna, rzecze, kara mię spotyka:
Nie wiem, za jakie ciężkie przewinienia
W krainę lodów jestem przesiedlony.
Lecz, nim opuszczczę te strony,
Spełnię trzy wasze życzenia:
Trzy, nie więcej; przez miesiąc mogę zostać z wami,
A więc dobrze rozważcie, czego żądać chcecie.»
Żądać! cóż łatwiejszego? kogoż na tym świecie