Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/468

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Postać niby ta sama, ale inna przecie,
I choć zawsze (jak mówi) jest niepocieszona,
Chętnie jednak pociechę przyjmie na tym świecie.
Prawda — chciałem rzec — bajka, o tem nas przekona.

Pewien małżonek młody, lecz schorzały,
W świat lepszy się wyrywał z objęć pięknej żony.
Tuliła go do piersi białemi ramiony,
Mówiąc z płaczem: «Bez ciebie obrzydł mi świat cały!
Cóż mi po życiu, zasnutem żałobą?
Zaczekaj, pójdę za tobą!»
Nie mógł czekać; sam odbył ostatnią wędrówkę.
A żona... ha! płakała, mdlała, chciała zginąć!...
Ojciec jej, człek rozsądny, łzom pozwolił płynąć,
Aż w końcu temi słowy jął pocieszać Wdówkę:
«Kochane dziecię, żałość twoją dzielę,
Lecz zapytać się ośmielę,
Na co tyle skarg, łez tyle?
Nie wskrzesisz męża jękami rozpaczy;
Zostaw więc zmarłych w mogile,
A o żywych pomyśl raczej.
Znam nawet kogoś... ale nie wymienię;
Kocha się w tobie szalenie.
W kąt przed nim sam nieboszczyk! Chłopiec piękny, młody;
Jeśli go zechcesz, wyprawimy gody:
Nie mówię, teraz, ale za rok przecie
Możesz pomyśleć o losu odmianie.
— Ach! jękła córka, klasztor za męża mi stanie;