Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/325

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W ślad za Ezopem opiszę.
Pewien Skąpiec, zebrawszy grosiwa niemało,
Czekał, by zeń korzystać, na powtórne życie.
Nie on złoto, lecz złoto jego posiadało;
W ziemię zakopał je skrycie,
A z niem i serce; lecz w ciągłej obawie,
O skarbie myślał we śnie i na jawie;
Każdej nocy, pełen trwogi,
Tajnemi drogi
Szedł go odwiedzać, kamień podejmował,
Dobywał złoto, rachował, całował,
I nasycony tym lubym widokiem
Znów, pokryjomu,
Wracał do domu.
Ale przed złodzieja okiem
Nic się długo nie ukrywa,
Choćbyś zamknął na trzy spusty.
Pewnego ranka Skąpiec, skoro świt, przybywa,
Patrzy... dół pusty.
A więc w rozpaczy
Szlocha, rwie włosy
I klnie niebiosy.
Nadchodzi sąsiad. «Kumie, co to znaczy?
— Skarb mi skradziono! — Gdzie? — Tu, z tego dołu.
— A któż to widział, pieniądz trzymać w ziemi?
Mając go w domu, mógłbyś bez mozołu
Brać, ile zechcesz. — Brać? dłońmi własnemi
Brać i wydawać?... trwonić me dukaty?