Strona:PL Jean de La Fontaine - Bajki.djvu/214

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wdziewa sukmanę, bierze laskę w szpony,
Wreszcie, na oczy
Kapelusz tłoczy.
Westchnął tylko, że w piśmie nie był zbyt uczony;
Bo mu genialna myśl przyszła do głowy,
Przylepić na grzbiet kartkę z temi słowy:
«Jam jest Wiluś, tej trzody pasterz i obrońca.»
Tymczasem, Wiluś prawdziwy
Spał jak zabity; pies legł gdzieś w pokrzywy,
Owce drzemały. «Nieźle się obłowię,
Wilk pomyślał; lecz bądźmyż pasterzem do końca:
Człowieka poznać po mowie,
A więc, przemówmy.» Wnet rozdziawia paszczę,
I jak wrzaśnie!... aż echo zagrało w dąbrowie;
Ocknął się pasterz, pies skoczył jak z procy:
Hajże na wilka! Ten pałką go głaszcze,
Ten zębem szarpie; zdrajca, zaplątany
W poły sukmany,
Nie mógł się bronić i uległ przemocy.

Wilk niechaj wilkiem, lis lisem zostanie:
Ktokolwiek obcej pożycza postaci,
Najczęściej takie przebranie
Gorzko przypłaci.